2025-10-20 obóz I.gpx

Po czterech dniach trekingu przyszła pora na 6 dni pod namiotem w zupełnie niezamieszkanej dolinie bez zasięgu komórki. Wychodząc z Khunde wiedzieliśmy już jednak, że pierwszej wycieczce w tym sezonie udało się wejść na szczyt (wcześniej kilka wycieczek zawróciło ze względu na zbyt duże ilości śniegu i zbyt miękki materiał ;-) ). Także tutaj intensywnie starano się nas nie zmęczyć:
- 5. dzień z Khunde do wylotu doliny 3.5 km i ok. 800 m podejść (11.5 got, 3850-4500 m, +650 m)
- 6. dzień z wylotu doliny nad pierwszy próg skalny i jeziorko ok. 3.5 km i 550 m podejść (9 got, 4500-4900 m, +400 m)
- 7. dzień aklimatyzacja nad jeziorkiem
- 8. dzień znad jeziorka na drugi próg skalny (i kolejne jeziorko) ok. 2.5 km i 350 m podejść (6 got, 4900-5300 m, +400 m)
- 9. dzień na szczyt ok. 5.5 km i 1000 w podejść (15.5 got, 5300-6151-5300 m, 0 m); na szczycie byliśmy po 6h (ok. 2h do przełęczy, 30m przerwy i 2.5h z przełęczy); schodziliśmy 4h15m w tym prawie 2h zjazdów na przełęcz i 1h15m przerw
- 10. dzień z powrotem do wylotu doliny ok. 6 km i praktycznie tylko w dół (5300-4500 m, -800 m)
- 11. dzień z wylotu doliny do Khunde ok. 3,5 km i mniej niż 200 m podejść (4500-3850 m, -650 m)
Ponieważ pominęliśmy ostatni obóz (większość grup, jak np. dwie przed nami, śpi jeszcze na przełęczy na 5700 m skąd na szczyt jest 500 m odległości i 450 m w górę), przez co zyskaliśmy jeden dzień i nie było po co się spieszyć (samolotu nie przebukujemy), do Khunde schodziliśmy bite dwa dni choć spokojnie można by w jeden dzień zejść i do Namche.
Jeśli chodzi o trasę w górę, to poza dniem ataku szczytowego wyglądało to tak, że my przechodziliśmy, co było do przejścia, w 1.5-2.5 godziny, a potem czekaliśmy na naszych tragarzy, którzy potrzebowali chwilkę dłużej. Potem nasza ekspedycja rozkładała obóz i gotowała obiad, a my zabijaliśmy czas szlajając się po okolicy i czytając.
Jeszcze na podejściu do ostatniego obozu trzymałem tempo ponad 5 got/h. Atak szczytowy szedł nam wolniej. Na podejściu na przełęcz mieliśmy ok. 3 got/h, a z przełęczy ok. 2 got/h, przy czym w tym wypadku szliśmy zwartą grupą. Na szczyt podchodziło mi się bardzo dobrze (na tyle, że ustawiłem się za Joshem i Sarą, żeby nie narzucać zbyt wysokiego tempa), ale jakieś 30 m przed szczytem dopadło mnie rozwolnienie (szczęśliwie w bardzo dogodnym miejscu). Reszta dnia była już znacznie mniej przyjemna, bo w kółko goniło mnie do toalety (w samym zejściu jeszcze dwa razy) i bardzo mnie to zmęczyło. Ostatnie metry z powrotem do obozu byłem już wyraźnie wolniejszy niż reszta.
Sam atak szczytowy pozbawiony był jakichś specjalnych emocji - od przełęczy do szczytu prawie nieprzerwana poręczówka po średnio stromym śniegu przeplatanym w kilku miejscach prostym fragmentem skały i robi się to z jumarem i pod okiem przewodnika. Taka ferrata B/C na śniegu w rakach w nocy pod okiem przewodnika. Widoki ze szczytu jednak faktycznie piękne. Ale czy aż tak, żeby uzasadniać wleczenie się tam noga za nogą przez 10 dni? Raz w życiu pewnie tak, ale nie ciągnie mnie powtarzać. W zjeździe musiałem poprawić jedną poręczówkę, bo była założona tak, że wychodziła ze skały pod obciążeniem w dół.
Wycieczka wykazała, że mój żelazny układ pokarmowy jest żelazny tylko do ok. 4500 m. Potem zaczyna się ciekawie, bo z jednej strony przestaję czuć głód, a z drugiej strony nie mogę jeść, ile wlezie, bo dostaję rozwolnienia (jednakowoż bez bólu brzucha - po prostu co chwila muszę biegać do łazienki, co przy -15 stopniach w nocy jest jednak odrobinkę problematyczne). Sprawy nie ułatwiało to, że nasi przewodnicy niemal siłą zmuszali nas do jedzenia, ile się da. W obozie u ujścia doliny najpierw poczułem się źle z głodu, choć nie byłem głodny, ale kolacja naprawiła sytuację. Następnego dnia zjadłem duże śniadanie i obiadokolację i okazał się to błąd, bo straszliwie goniło mnie do łazienki w nocy. Podczas dnia obijania się-aklimatyzacji nad jeziorkiem doszedłem z żołądkiem do porozumienia, ale przed atakiem szczytowym - jedynym porządnym dniem na całej wycieczce - postanowiłem zjeść duże śniadanie i okazał się to błąd. W zejściu szczęśliwie trawienie szybko powróciło do normy.
Co ciekawe przez cały czas nie spotkaliśmy ani jednego dzikiego zwierzaka, choć dolina, którą szliśmy, była zupełnie niezamieszkała.
suma podejść m, suma zejść m, odległość km
 
59 / 104
/ 2025-10 Nepal / 4 camping