W związku z tym, że Josh pracował z jakimś Nepalczykiem (tzn. z takim, który na studia wyjechał do USA i już tam został), padł pomysł, aby wyjechać do Nepalu i wejść na jakąś wysoką górę. Josh chciał siedmiotysięcznik, Sara i ja woleliśmy jakiś rzadko odwiedzany sześciotysięcznik.
Góry powyżej 5800 m w Nepalu dzielą się na trzy główne kategorie. Trekingowe, których jest raptem 28 i na które choć trzeba mieć przewodnika, to pozwolenie na wejście wydawane jest od ręki i kosztuje zaniedbywalne (w koszcie całej wycieczki) pieniądze (100-300$). Wszystkie szczyty trekingowe mają poniżej 7000 m i są technicznie łatwe (generalnie można na nie wejść bez wcześniejszego doświadczenia wysokogórskiego). Druga grupa to szczyty ekspedycyjne. Tutaj trzeba już się stawić przed komisją i wyspowiadać z planu wycieczki, co jednak robi za turystę agencja trekingowa. Pozwolenia na wejście na góry poniżej 8000 m są cały czas tanie (poniżej 400$). Powyżej 8000 m do ceny pozwolenia trzeba dopisać 0 na końcu, a pozwolenie na wejście na Everest to w 2025 r. okrągłe 15k$. Trzecia grupa to szczyty chronione z powodów religijnych i/lub ekologicznych, na które wchodzić nie można. Istotny czynnik przy wyborze szczytu to czas potrzebny na aklimatyzację. Na sześciotysięcznik potrzeba około tygodnia aklimatyzacji, na siediotysięcznik minimum 12 dni, a na ośmiotysięcznik dwa i pół tygodnia. Doliczając do tego podróż do Nepalu i w ramach Nepalu (a infrastrukturę komunikacyjną Nepal ma fatalną) nawet wycieczka na sześciotysięcznik zajmie co najmniej 16 dni.
Jako że nigdy nie byliśmy ani w Nepalu, ani w Himalajach ani tak wysoko, to postanowiliśmy planować bardzo zachowawczo. Wybraliśmy Kyajo Ri - położony na uboczu i mało uczęszczany szczyt trekingowy kategorii A, czyli tych odrobinę trudniejszych technicznie, ale umówmy się, że w warunkach nepalskich - na założonych poręczówkach i z przewodnikiem to raczej dla nas żadne wyzwanie. Plus-minus 6150 m. Żeby nie szaleć z pierwotnie zaoferowanego nam planu wycieczki utargowaliśmy tylko jeden dzień i razem z przelotami wyszło nam 19 dni w podróży.
Jak się okazało wyszła z tego cała ekspedycja. Jako że nasz szczyt położony jest w niezamieszkanej dolinie i aby na niego wejść i wrócić spędziliśmy 6 dni pod namiotem (w tym 4 na śniegu), do tachania całego naszego dobytku potrzebnych było 6 tragarzy. Do tego kucharz i dwóch przewodników i skończyliśmy z 9 osobami obsługi na nas troje. Czy dałoby się to zrobić mniej oblężniczo? Na pewno. W końcu można się spokojnie obejść bez oddzielnego namiotu na kibel czy do jedzenia. No ale to też taki nepalski model biznesowy, a że dniówka tragarza to coś około 10$, to aż nieetycznie się targować. Trafił nam się bardzo doświadczony główny przewodnik (wiele razy na Evereście, 2 razy na K2, itd.) i bardzo sympatyczny pomocnik przewodnika, który z technik linowych był jednak słabszy od nas i nosił raki półautomatyczne do butów z niepasującą do tego podeszwą. Niestety obydwa mówili po angielsku w miarę swobodnie jedynie na tematy związane bezpośrednio z wycieczką (spanie, jedzenie, wspinanie), ale już tematów społeczno-politycznych nie dało się z nimi obgadać. A szkoda, bo miesiąc przed naszym przyjazdem płonął parlament i ciekawie byłoby się dowiedzieć, jak to widzą miejscowi.
Pogoda wybitnie nam się udała - nasza wycieczka przypadła na bodaj jedyne okno dobrej pogody w sezonie jesień-2025. Przed nami na szczyt weszły tej jesieni tylko trzy grupy (wszystkie 3-4 dni przed nami), a kilka, które atakowały wcześniej, zawróciło ze względu na zbyt duże ilości śniegu. Niedługo po naszym wejściu pogoda znów się zepsuła.
Ogólne wrażenia z wyjazdu są takie, że treking w Nepalu to fantastyczna sprawa - przyjazny i kolorowy kraj, obłędne widoki, dobra infrastruktura turystyczna. Na szczyty natomiast nie ma się co pchać. Po pierwsze zawsze trzeba będzie iść z przewodnikiem - taki wymóg. Po drugie zawsze potrzebna będzie długa i nudna aklimatyzacja. Po trzecie na górze i tak będzie wisieć poręczówka, więc to taka ferrata w warunkach śniegowych, a nie uczciwe wspinanie. Po czwarte wyjazd do Nepalu zamawiasz wiele miesięcy do przodu i potem to już tylko się modlisz o dobrą pogodę. W końcu choć w przeliczeniu na dzień Nepal wychodzi porównywalnie do wysokich Alp, to wycieczka w Alpy jest tańsza, bo trwa krócej. Ostatecznie Alpy dają więc większą swobodę i elastyczność za mniej pieniędzy, a jedyne, czego im brakuje, to wysokości w metrach - jeśli ktoś o nią dba, a ja akurat nie.
Cała impreza wyniosła nas 4300 EUR (2750 agencja, 800 lot do Nepalu, 270 ubezpieczenia, 350 napiwki, 50 wiza i jeszcze jakieś drobiazgi). Na pewno nie tanio, ale jak na dwa i pół tygodnia na drugim końcu świata także nie zaporowo drogo.