Park Narodowy Paklenica koncentruje się wokół wąwozów dwóch rzek - Małej Paklenicy i Wielkiej Paklenicy. My zaczęliśmy wędrówkę od Wielkiej, która okazała się być dość ładną, ale ceprostradą, aby następnie wejść na Czarny Wierch i zejść Małą Paklenicą, która, ku naszemu zaskoczeniu, okazała się być męczącym i dość wymagającym wąwozem (dość powiedzieć, że przejście 6 km zajęło nam blisko 3 godziny), ale za to szalenie malowniczym.
Po drodze oczywiście zdrowo nas zlał deszcz i to kilkukrotnie.
Co ciekawe, stoki masywu Paklenicy, wbrew temu, jak wyglądają widziane od strony wybrzeża czy z wyspy Pag, są porośnięte bogatą roślinnością, przeważnie lasem mieszanym (co jednak zależy od wystawy zbocza i wysokości), który niczym się specjalnie nie różni (na oko laika, jak ja) od lasów ze strefy umiarkowanej.
Ściany wąwozu Wielkiej Paklenicy (niestety fatalne światło)
W wąwozie Wielkiej Paklenicy, mimo że to park narodowy, można się wspinać - znajduje się tu chyba z setka obitych dróg (o trudnościach od 3 do absurdalnie dużo, więc dla każdego coś miłego).
Widok w stronę najwyższego szczytu masywu - Vagańskiego Wierchu (1757 m n.p.m.)
Niższe partie północnych zboczy to prawdziwa dżungla roślinności
Wyżej zaczynają dominować buki
By jeszcze wyżej ustąpić miejsca sośnie
Chmury odsłoniły na chwilę morze (i wyspę Pag)
Wbrew prześwitującemu słońcu temperatura nas nie rozpieszczała
Wąwóz Małej Paklenicy widziany z góry
Południowe stoki to już uczciwa roślinność śródziemnomorska
A oto i wąwóz Małej Paklenicy
Aby nie zmoczyć butów trzeba było miejscami trochę się powspinać
Bardzo malowniczo, ale jak przejść suchą nogą?
Tu kiedyś był mostek linowy... teraz trzeba sobie radzić inaczej
W tym miejscu spasowaliśmy i zamoczyliśmy buty.
Uśmiech na twarzy, ale byliśmy już mocno zmęczeni
Do końca już niedaleko
Tama blokująca wylot wąwozu (Mała Paklenica wsiąka zresztą niespodziewanie w glebę nieco wcześniej i płynie dalej gdzieś pod ziemią.
Wylot wąwozu Małej Paklenicy